Związek Polskich Artystów Fotografików
O ZwiązkuPrawa autorskieGalerieAktualnościBibliotekaStudiumSklep
Galerie ZPAF Inne wystawy Dokumentacje Prezentacje

 
Foto obrazy.... | Andrzej Andrychowski | Galeria Obok ZPAF
aep | 01.02.2010 | 01:36:30 | Wyświetleń: 886

Galeria Obok ZPAF zaprasza 3.02 o godz. 19.00 na wernisaż wystawy "Foto obrazy..." Andrzeja Andrychowskiego.

Wystawa czynna od 04.02 – 21.02.2010.

Galeria Obok ZPAF
Pl. Zamkowy 8
Warszawa


„Zaklęty krąg piktorializmu – foto obrazy” Andrzeja Andrychowskiego.

Często uważa się, że początki fotografii stricte artystycznej związane były z prądem nazywanym
piktorializmem. Autorzy tworzący w tej manierze chcieli zerwać z użytkowym pojmowaniem fotografii
rozumianej jako „rzemieślnicze odwzorowanie rzeczywistości”, zbliżając fotografię do sztuki czystej -
malarstwa i grafiki. Oczywiście to duże uproszczenie, nie bez wpływu bowiem na poszukiwanie
odmiennego wyrazu w fotografii miały ówczesne nurty filozoficzne czy prądy artystyczne związane ze
sztuką. Ta wzajemna fascynacja była dwukierunkowa. Wynalazek fotografii spowodował bowiem
przymus „rewolucji w malarstwie” w wyniku którego autorzy coraz częściej odchodzili od klasycznego
rozumienia sztuki w kierunku wewnętrznego przeżycia intelektualno duchowego.
Gdy rozmawiamy o relacjach między malarstwem, a fotografią przypomina mi się, przeczytana niegdyś
anegdota: „gdy Picasso podróżował kiedyś pociągiem współpasażer zapytał go nieśmiało dlaczego ludzie
na jego obrazach są tak potwornie zdeformowani skoro w rzeczywistości tacy nie są? W odpowiedzi
Picasso poprosił nieznajomego, aby pokazał mu fotografię kogoś z rodziny, gdy tamten wyjął zdjęcie żony
i powiedział „czy w rzeczywistości Pańska żona jest taka mała, płaska i czarno biała”?
Oczywiście nie wszyscy malarze spoglądali na nowe medium upatrując w nim zagrożenia dla swojej
profesji. Delacroix był założycielem Societe heliographique, kolekcjonował zdjęcia, a także wielokrotnie
pozował do portretów fotograficznych. Jako jeden z pierwszych zaczął stosować dagerotyp, jako pomoc
przy tworzeniu swoich obrazów oraz rzeźb. Podobny stosunek do fotografii miał Degas. W jego
pracach dominowało migawkowe chwytanie postaci, wycinkowe kadrowanie, śmiałe operowanie
przestrzenią oraz nietypowe kąty. Te same elementy, podejście do kompozycji znajdujemy później w jego
pastelach oraz rzeźbach. Na przeciwnym stanowisku stał m.in. Ingres oraz akademicy, którzy oficjalnie
okazywali niechęć wobec fotografii…
Jeśli więc tak wielka była siła w fotografii skąd ta potrzeba do konkurencji z malarstwem i grafiką
u pierwszych piktoralistów? Być może wynikało to ogólnie przyjętego pojęcia „sztuki”, powielanego
na ówczesnych akademiach i uniwersytetach, a które odnosiło się do greckiego filozofa - Platona.
Według niego - Świat rzeczywisty, w którym funkcjonujemy jest odbiciem idei. Artysta po przez proces
twórczy docierał do kwintesencji idei odkrywając świat realny. Jeśli zatem świat, w którym żyjemy jest
tylko odbiciem, to czym jest zatem fotografia? Odbiciem, odbicia?
Być może z tego powodu część fotografików przejmowało konwencje artystyczne i założenia do własnej
twórczości. Sceny wzięte żywcem z akademickiego malarstwa autorstwa Oscar Gustave Rejlandera,
humanistyczne portrety Julii Margaret Cameron, przedstawianie zwykłych rzeczy jako dzieł sztuki przez
Petera Emersona, w końcu działalność i dyskusje jakie toczyły się w pracowni dwu niemieckich malarzy
– fotografów amatorów - Löschera i Petscha. W trakcie tych debat rozprawiano jak uwolnić się od
smutnej spuścizny fotografii zawodowej, jak wybawić ją od manieryzmu i skostnienia, atelierowych
rupieci i wygładzającego retuszu, słowem tego wszystkiego, czemu drugie pokolenie fotografów
zawodowych zawdzięczało swe powodzenie wśród szerokiej publiczności. Ruch ten był także protestem
przeciwko rodzącej się fotografii komercjalnej. Löscher i Petach nawoływali do powrotu do idei
twórczości, gdzie akt kreacji był przeżyciem noszącym znamiona indywidualizmu autora, gdzie każda
fotografia stanowiła unikat. Oprócz idei próbowano przysposobić sobie również zasady estetyczne znane
w malarstwie. Zwykłą odbitkę srebrową zastępowano technikami specjalnymi – gumą dwuchromianową,
bromolejem, pigmentem, przetłokiem itd..
Szczytne idee powrotu do przeżycia duchowego związanego z twórczością dostały się nie rzadko
w zaklęty krąg technik, w rzeczywistości usztywniający swobodny proces twórczy.
Jak zatem zakwalifikować prezentowaną w Galerii wystawę Andrzeja Andrychowskiego? Powrót do
piktorializmu, naśladownictwo malarstwa, malarstwo digitalne? Autor prezentuje nam na swoich pracach
wycinki obserwowanej przez siebie rzeczywistości – ściany, żaluzje, firany, zaułki. Na to wszystko
nakłada warstwy składające się z pęknięć, siatek, linii, płaszczyzn przeniesionych z innych zdjęć.
Rzeczywistość ulega deformacji, przekształceniu w kolorową abstrakcję pełną kolorów i rytmów.
Całość wystawy została dodatkowo wydrukowana na płótnie malarskim i oprawiona na blejtramach.
W pierwszej chwili chciałoby się powiedzieć – czy jest sens jeszcze malować? Prezentowane bowiem
przez Andrzeja Andrychowskiego fotografie do złudzenia przypominają obrazy w kolorystyce
nawiązujące do dzieł Wiliama Turnera.
Na pewno wielu osobom, chociażby przez fakt wartości czysto estetycznych, wystawa ta przypadnie
bardzo do gustu. Czy jednak wydruk zastąpi medium akrylowe lub olejne? Myślę, że nie. W malarstwie
materii, np. u Rajmunda Ziemskiego znajdujemy bowiem coś, co można określić rodzajem „mięsa”,
trzeciego wymiaru na, które składają się kolejne warstwy koloru i farby, nanoszone pędzlem, palcem,
szpachlą, pod wpływem emocji i wewnętrznego procesu intelektualnego. W pracach Andrzeja
Andrychowskiego wyczuwam pewien „technologiczny chłód”, pewną mechaniczność i łatwość
w dochodzeniu do efektów malarskich. Nie posądzam jednak autora o brak emocji. Wręcz przeciwnie,
myślę że ma doskonałe wyczucie kompozycji oraz jest bardzo wrażliwy na kolor. Brakuje mi jednak
pewnego różnicowania napięć, pewnych punktów, dominant, które skupiałyby uwagę widza, a nie byłyby
tylko plamą światła. Brakuje mi pewnego twórczego niepokoju, fermentu, tego czegoś, co popychało do
eksperymentów autorów jak: B. Schlabs, Z. Dłubak, E. Hartwig, J. Wardak. Oglądając tą wystawę czuję
się jak bym „słuchała tylko ładnych piosenek”, granych w jednej, miłej dla ucha tonacji. Mimo to,
uważam wystawę Andrzeja Andrychowskiego za ciekawą i godną pokazania. Ciągle w moich rozmowach
z autorami słyszę zarzuty środowisk tradycyjnie pojmujących fotografię, że fotografia ulega deprecjacji,
łatwości technologicznych efektów związanych z cyfrową obróbką obrazu. A przecież proces twórczy,
myśl która kreuje rzeczywistość jest czymś uniwersalnym, niezależnym od obranej metodologii.
Sandwiche, drapanki, collage, kadrowanie, czynności wykonywane pod powiększalnikiem celem
uzyskania obrazu pozytywowego, nie wiele różnią się co do zasady z tym, co w swych możliwościach
oferują programy komputerowe. Czasem tylko mam wrażenie, że mimo tych „nowych zabawek” autorzy
ciągle mentalnie tkwią u progu XX wieku, bojąc się szukać nowych dróg i możliwości jakie otwierają
przed nimi nowe technologie.

Kurator Anna Wolska